Pierwsza faza rewolucji
Po zakończonej pracy drużyna zasłużyła na chwilę relaksu, wobec tego udano się w drogę powrotną do karczmy. Szkieleta Larrego skryli pod pancerzem i szatami, żeby nie ściągał na siebie niepotrzebnych podejrzeń. Opuszczając cuchnące podziemia miasta, spojrzeli w wieczorne niebo, licząc w pamięci, ile godzin spędzili, nań nie patrząc. W milczeniu przemierzyli kilka ulic, by po kilku minutach znaleźć się znów w znajomym lokalu. Zgłosili się do swojego pracodawcy po nagrodę, a także poprosili o wskazówki dotarcia do najbliższego maga, który pomógłby im z pewną ważną kwestią. Następnie każdy znalazł dla siebie odpowiednie zajęcie ze szklanką trunku w dłoni, a niedługo potem dołączył do nich również nieco mniej strudzony od reszty grupy bard.
Odkąd odebrali nagrodę, Sara zajęła się - co dość dziwne - rozmową z karczmarzem z dala od ciekawskich spojrzeń i wyciągniętych ku nim aparatom słuchowym. Nikomu nie przypadło do gustu takie chowanie tajemnic przed kompanami z drużyny, ale na razie nie mogli nic z tym zrobić. Kiedy jednak elfka powróciła do nich, nie obeszło się od zalewu pytań, na które nie otrzymali odpowiedzi. Taka kolej rzeczy tylko bardziej zraziła ich do towarzyszki, która w efekcie postanowiła utopić swoje smutki w alkoholu. Jak zawsze nie potrzeba jej było dużo czasu ani kolejek, żeby doprowadzić się do stanu upojenia alkoholowego. Zbierana z podłogi przez nadal wdzięcznego za wcześniejszą pomoc Andera, została na jakiś czas usadzona w tyle karczmy, coby mogła chociaż o własnych siłach ustać na nogach.
W międzyczasie, kiedy elfka upijała się, a jej wierny towarzysz pomagał jej dojść do siebie, w innym rogu karczmy drużynowemu bardowi zebrało się na kiepskie żarty, których ofiarą padł zazwyczaj spokojny Maciej. Jego stoicka postawa zachwiana została jednak dość szybko, gdyż odgłosy pierdów zdawały się nie opuszczać jego uszu, a że nie należał do najgłupszych, zorientował się, kto stoi za tymi docinkami. Odstawiwszy spokojnie swój kufel, podniósł najbliższe jego pozycji krzesło i skierował się w kierunku Papadopoulosa, by za chwilę zamachnąć się nim na towarzysza. Mebel wytrzymał opór czaszki barda, został jednak szybko odrzucony, gdyż po chwili wskutek użytku magii Maciej rozłożył się na podłodze w histerycznym napadzie śmiechu. Próbował przestać się śmiać, ale nie mógł, przewracał się więc z boku na bok dobre kilka minut, trzymając się za bolący go już od śmiechu brzuch. W końcu efekt przestał działać, a panowie rozeszli się, tym razem w dwa osobne kąty karczmy.
Po kilkunastu, a może kilkudziesięciu minutach wstała więc i kontynuowała swoje pijackie przygody. Ruszyła do pierwszej osoby, która wpadła w zasięg jej wzroku, a którą znała. Ku nieszczęściu tej osoby był to Nulgath, całkowite przeciwieństwo Sary, a na dodatek demon. Podchmielona elfka jednak nie widziała w żadnym z tych faktów przeszkód i doczłapawszy się do kompana, zawiesiła ramię wokół niego i poczęła dukać coś w swoim pijackim zaćmieniu. Ze słów, które udało mu się rozszyfrować, zrozumiał, że towarzyszka właśnie dokonywała próby pojednania ich, jako że od początku ich wspólnej przygody nie potrafili się dogadać. Na koniec tejże płomienistej przemowy, z której połowę sensu ulotniło się wraz z chęcią do życia demona, elfka złożyła na jego twarzy (?) przyjacielski pocałunek i wyruszyła ku swojemu najbliższemu, ludzkiemu towarzyszowi do picia. Zagrali wspólnie kilka partii szachów, a widząc, że głowa kompanki ma się już bliżej poziomu niż pionu, Ander odprowadził ją do jej własnego łóżka, samemu wkrótce również idąc w te ślady.
Nazajutrz rano, kiedy cała kompania ściągnęła się ze swoich posłań i spotkała się na śniadaniu, zastała ona dość niecodzienny widok. Ta sama elfka, która poprzedniego wieczora dotarła raz jeszcze na kraniec pijaństwa, odziana w mniej bitewne, a bardziej mieszczańskie ubranie, teraz zdawała się zajmować miejsce za ladą i obsługiwać klientów. Zdezorientowani zebrali się wokół, żądając wyjaśnień, na których otrzymanie nastał najwyższy czas. Powiadomieni zostali o podjęciu pracy przez elfkę w tym przybytku, której celem było zebranie przydatnych dla grupy informacji. Pomimo dobrych intencji cała ta operacja przeprowadzona została w tajemnicy przed wszystkimi, co w tym konflikcie okazało się najtwardszą kością niezgody. Nie mając na nią żadnego wpływu, wyruszyli z karczmy bez Sary, aby dowiedzieć się czegoś więcej na temat kamienia odnalezionego zeszłego dnia.
Podążając za wskazówkami otrzymanymi od karczmarza, dotarli do wieży maga zwanego Bonasem. Liczyli na jego pomoc w rozpoznaniu celu użycia tajemniczego kamienia, znalezionego pośrodku kanałów, w których przez przypadek roiło się od nieumarłych istot. W obawie rozpoznania w jednym z ich towarzyszy demona, a w drugim szkieleta postanowili zostawić tych dwoje na zewnątrz. Zachowując dobre maniery, zapukali do drzwi i poczekali, aż ukaże się w nich ktoś, ko przyjąłby ich i zaoferował pomoc. Jako pierwszego zastali jednak lokaja, bądź też pomocnika maga, pytającego przybyszy o cel wizyty, gdyż tego dnia w planach mieli jedynie przybycie wysłanników króla, transportujących jakąś ważną przesyłkę. Skłamali o byciu dokładnie tymi gośćmi, których oczekiwali, na co twarz mężczyzny rozpogodziła się i zaprosiła ich do środka.
Poprowadzeni kilka piętr wzwyż ciasnymi schodami, w końcu znaleźli się w pokoju maga. Na jego środku znajdował się sporych rozmiarów teleskop, wycelowany w przeszklony sufit, a wokół znajdowały się stoły zawalone dokumentami, książkami i mało interesującymi przyrządami. Bonas przywitał gości z uśmiechem na twarzy, zadowolony z dostarczenia przesyłki w tak szybkim czasie. Od razu przeszedł do obejrzenia katalizatora, który miał zostać mu dostarczony. W chwili paniki Maciej wręczył mu przedmiot znaleziony jeszcze w jaskini goblinów, pomiędzy szczątkami ciał ludzkich, który nie usatysfakcjonował mędrca, a wręcz obrzydził go swoją bezużytecznością. Już byłby wyprosił ich, gdyby sytuacji nie uratował bard, noszący ze sobą znaleziony w kanałach kamień, przez którego znaleźli się w tym miejscu. Wymyślił jakąś historię o przedmiocie Macieja, że tak naprawdę nie był tym kamieniem, który mieli dostarczyć.
Rozmowa przybrała całkiem inny ton, kiedy Bonas dojrzał drugi przedmiot. Jego twarz spochmurniała, a na czele wystąpiły głębokie bruzdy człowieka zmęczonego i strudzonego. W końcu, po dokładnym zbadaniu kamienia odezwał się do trojga gości. Zaczął tłumaczyć sytuację, najpierw w słowach, których ktoś niemający nic do czynienia z magią by nie zrozumiał, przechodząc do prostszego języka, w którym przekaz prosto przetłumaczyć można by na: ten przedmiot zawiera w sobie dużo silnej, nekrotycznej mocy, której trzeba się pozbyć, aby mógł go użyć, więc będzie musiał go oczyścić, co zajmie mu dobrą chwilę. Ledwo co uniknąwszy zostania odkrytym, zgodzili się bez gadania, a starzec opuścił ich na rzecz zrobienia dokładnie tego, o czym przed momentem jeszcze mówił.
Przed nimi rozciągnęła się więc wizja czekania na powrót maga, więc niektórzy swój czas postanowili spożytkować na studiowaniu otoczenia. Będąc jednak ostrożnym, poprosili najmniej zainteresowanego z tej grupy przedmiotami magicznymi Andera o nasłuchiwanie i pilnowanie, czy ktoś nie idzie. W tym czasie Papadopoulos oraz Maciej przeczesali pomieszczenie w poszukiwaniu jakichkolwiek listów czy też przedmiotów, które mogłyby wskazać na nieczystość planów Bonasa. Pozostali jednak z pustymi rękoma, a mag zdawał się człowiekiem, któremu można było zaufać, toteż tak zrobili, zajmując miejsca na krzesłach w oczekiwaniu na jego powrót.
Spokojne oczekiwanie przerwało wtargnięcie wcześniej spotkanego lokaja, informującego o przybyciu jakiejś elfki podającej się za kompana gości Bonasa. Potwierdziwszy te informacje, Sara została wpuszczona do środka i wtajemniczona w obecną sytuację. Wkrótce z pomieszczenia obok wyłonił się mag, budząc z letargu oczekujących nań poszukiwaczy przygód. Bonas od razu zauważył przybycie elfki, z którego musieli się tłumaczyć. Po wyjaśnieniu obecności Sary, mag potwierdził oczyszczenie katalizatora i podziękował za jego dostawę, pytając, gdzie go znaleźli. W zaufaniu zdradzili mu miejsce pochodzenia przedmiotu, co wyraźnie go zmartwiło. Widząc jego reakcje, podzielili się także obawami o czystości intencji niejakiego Marcusa Blake'a, namiestnika Bolton, za którego sprawą ten kamień znalazł się w kanałach. Jego motywem mogłaby być czysta chęć zemsty na swoich konkurentach, których bogactwo raziło go w oczy, takich jak Gildia Kupiecka czy Edward Preston. Do jednych jak i drugich otrzymali wskazówki dojazdu, jak i list polecający od samego Bonasa, który poważnie potraktował tę sprawę i przyrzekł pomoc w rozwiązaniu tego, jak miał nadzieję, nieporozumienia.
Namyśliwszy się jeszcze chwilę, Bonas ujawnił im imię innego maga, którego sprawką mogłoby być stworzenie tak potężnego, a jednocześnie niebezpiecznego przedmiotu. Wyjechał jednak już jakiś czas temu z miasta, więc ścigać musieliby go dość daleko. Imię tegoż jegomościa zapamiętali jednak dobrze: Ilarik Tanatar, gdyż podejrzewali, że usłyszą je jeszcze nie raz.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz